Podróż marzeń Australia Nowa Zelandia

Wpisy

  • sobota, 15 kwietnia 2017
    • Pięknych Świąt!

      Drodzy czytelnicy mojego bloga! Z okazji Świąt Wielkanocnych życzę Wam POLSKICH ŚWIĄT, z tradycyjnym smacznym jajeczkiem, które może sami pomalujecie albo ugotujecie w łupinach cebuli, z mokrym Śmigusem Dyngusem, ale nie za bardzo.. mokrym.... bo tu w Australii już zimno (+15 do + 19 stop.C to dla mnie ZIMNO! a takie temperatury są ostatnio w Sydney i Melbourne) a w Polsce jeszcze nie za gorąco...

      Życzę Świąt w rodzinnej, kochającej atmosferze.

      To moje pierwsze Święta Wielkanocne w Australii! Dużo nowości!

      Dostałam w prezencie od znajomej z kościoła anglikańskiego w Niedzielę Palmową tutejszą palmę w kształcie krzyża! Nie znałam tej tradycji.

      krzyzpalmowy

      Byłam w Niedzielę Palmową na polskiej mszy i zauważyłam, że do prawdziwych liści palmowych Polacy dokładają  nasze polskie, kolorowe palmy wielkanocne. Ładne połączenie.

      Przed kościołem po polskiej mszy dane mi było zakupić babkę wielkanocną i baranka wielkanocnego, co mnie bardzo ucieszyło, gdyż pozostało mi przygotować jedynie jajka do koszyczka wielkanocnego a to nie jest żaden problem, tym bardziej że FB podpowiada nowe patenty. Skorzystałam z jednego i wyszło to :)

      jajeczkawcebulizdodatkiem

      odbiły się kwiaty z "mojego" ogrodu :)

      W Wielki piątek "Good Friday" Australijczycy zaskoczyli mnie! Prawie wszystkie sklepy są wówczas zamknięte! Kościoły są pełne wiernych (wszystkie chrześcijańskie koscioły)! Fragmenty mszy pokazują w telewizji w głównych wiadomościach! Otwarte są piekarnie w których można zakupić tradycyjne (rodem z Anglii) bułeczki z krzyżem (hot cross buns). Są bardzo dobre! Wśród wielu rodzajów skosztowałam tych z rodzynkami (na zdjęciu!). To symbol ostatniej wieczerzy.

      buleczkicrossbuns1

      Rozdałam znajomym Australijkom po papierowym jajeczku wielkanocnym co wzbudziło niemałą sensację! Tutaj nie ma takiej tradycji! Jedna Pani około lat 65 powiedziała mi, że nigdy czegoś takiego w życiu nie widziała. Może powinna wybrać się do Polski w okresie naszych Świąt Wielkanocnych! To by się dopiero zdziwiła! Święconki nie zna tu nikt (poza Polakami) a co dopiero Śmigusa Dyngusa!

      Bo to tylko MY - POLACY mamy taką piękna tradycję! I tego się trzymajmy! :)

      W Australii nie składa się raczej życzeń z okazji Świąt Wielkanocnych poza słowami: Happy Easter!

      Mówiąc szczerze brakowało mi Rynku Głównego w Krakowie z wielkimi kolorowymi palmami wielkanocnymi, z mnóstwem kolorowych straganów, pisanek, baranków, kurczaczków! Dobrze, że dotarły do mnie chociaż zdjęcia!

      Dla poprawienia sobie nastroju zrobiłam sobie moje osobiste drzewko wielkanocne a jutro jadę na polską mszę do Kirribilli (zawsze o 10.00 w niedzielę) w czasie której poświęcę moją święconkę (to taki wyjątek w Sydney, dla tych którzy nie dojadą ze względu na odległość w sobotę do Ashfield czy też do Maroubra Bay, mogą poświęcić pokarmy w niedzielę). 

      To nic, że moje śniadanie wielkanocne wypadnie w porze lunchu, jako że do kościoła mam spory kawałek drogi pociągiem. Ale msza będzie po polsku! I spotkam się ze znajomymi Polakami :)

      I pożyczymy sobie jak należy: WESOŁYCH ŚWIĄT! SMACZNEGO JAJECZKA! MOKREGO ŚMIGUSA DYNGUSA! WESOŁEGO ALLELUJA! Czego i Wam życzę Drodzy Czytelnicy!

      mojedrzewkowielkanocne

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      agatwaustralii
      Czas publikacji:
      sobota, 15 kwietnia 2017 13:09
  • poniedziałek, 06 marca 2017
    • Praca kobiet - zmiany w AU na przestrzeni ostatnich 100 lat

      Z okazji zbliżającego się Dnia Kobiet, który jak słyszę tym razem może zapisać się w historii, jako, że część kobiet świata będzie protestować a inna część kobiet świata będzie medytować, napiszę o tym jak zmieniła się sytuacja kobiet w Australii na przestrzeni ostatnich 100 lat na przykładzie wykonywanych przez nich zawodów. Cofnijmy się do roku 1911, w którym to Australia zatrudniała 2 miliony ludzi, z czego 80% stanowili mężczyźni. Wśród pracującej rzeszy kobiet 40% pracowało w domach zamożnych ludzi, w większości (2/3) jako pomoc domowa. Wśród 524 zawodów istniejących wówczas w Australii, aż w 92 nie pracowała ani jedna kobieta, a następne 103 zawody zatrudniały zaledwie od 1 do 4 kobiet. Nie znaleźlibyście wówczas kobiet w marynarce, w policji, nie prowadziły pociągów, nie były elektrykami czy.... kominiarzami. Tylko  jedna pracowała wśród 13.565 robotników portowych, jedna była pani dżokej wśród 4377 panów, jedna listonoszka wśród 1730 listonoszy.

      Były zawody, które bardzo rzadko wykonywali mężczyźni. I tak wśród 10.223 osób zdecydowanie przeważały panie stylistki, modystki (w tym te wyrabiające rękawiczki) a tylko 34 panów wykonywało te zawody. Tylko 40tu mężczyzn pracowało jako pielęgniarze w szpitalach, przytułkach, w tym tylko dwóch sprawowało opiekę nad chorymi w domu. Położnymi były wyłącznie kobiety (4487).

      Co zdecydowanie zmieniło się w Australii, jeśli chodzi o procentowy udział mężczyzn na przestrzeni ostatnich 100 lat w różnych zawodach to fakt, że w 1911 w rolnictwie pracowało ich 36 % tymczasem w 2011 już tylko 6%! Rolnictwo z największej gałęzi zatrudnienia w Australii w ciągu 100 lat stało się najmniejszą (mechanizacja)! Powstały całkowicie nowe zawody. Aktualnie co dziesiąta osoba wykonuje zawód, który nie istniał w 1911 roku. Wśród rozrastających się o różne nowe stanowiska zawodów przoduje handel! Jeden milion osób pracuje w handlu. Oczywistym jest , że wśród nowych zawodów pojawiły się te związane z przemysłem informatycznym. W 1911 nie istniała turystyka ani żaden zawód typu instruktor sportu czy fitnessu.

      Pamiętajmy, że jeszcze w latach sześćdziesiątych było normą, że kobieta po wyjściu za mąż rezygnowała z pracy! Nawiasem mówiąc wówczas to małżeństwo (ognisko domowe) było postrzegane jako najważniejsze w życiu kobiety a nie praca zawodowa.

      Co rzuca się jeszcze w oczy patrząc na „słupki” zatrudnienia mężczyzn i kobiet w 1911 i w 2011 roku.

      Bardzo niewiele kobiet pracowało zarówno wówczas jak i teraz w australijskim transporcie, natomiast o wiele więcej kobiet (27%) pracowało w 1911 roku w przemyśle niż obecnie (poniżej 10%)! Tymczasem udział mężczyzn w tym sektorze jest podobny (różnica kilku procent).

      Dodam jeszcze kilka danych z Uniwersytetu w Sydney! Czyni on wielkie starania aby zwiększyć ilość kobiet studentek na niektórych kierunkach. Jednak od kilku lat nic się nie zmienia i dziewczęta w niewielkim stopniu są zainteresowane takimi kierunkami jak technologia, inżynieria, informatyka a szczególnie matematyka. Zwiększyło się natomiast zainteresowanie kobiet naukami przyrodniczymi. Kobiety przeważają na kierunkach związanych ze zdrowiem, kulturą i socjologią.

      Świat wokół się zmienia! Kobiety coraz częściej wykonują zawody, które wcześniej były dostępne tylko mężczyznom. Jestem za równouprawnieniem, ale także za tym aby nie zapominać, że kobieta i mężczyzna różnią się w sposób zdecydowany nie tylko ciałem... I zastanawiam się nad ostatnimi słowami Papieża Franciszka:  "kobieta jest wielkim darem Boga". To ona wnosi harmonię, uczy kochać i czyni świat pięknym" Prawda! Ile kobiet o tym na co dzień pamięta?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Praca kobiet - zmiany w AU na przestrzeni ostatnich 100 lat ”
      Tagi:
      Autor(ka):
      agatwaustralii
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 06 marca 2017 02:59
  • czwartek, 02 marca 2017
    • Zagraniczni studenci w Australii najważniejszym dochodem w sektorze usług w NSW

      Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę, że edukacja obcokrajowców w Nowej Południowej Walii (NSW) przynosi o wiele wyższe przychody niż turystyka (bliska mi jak wiecie ze względu na ponad 20 letnie doświadczenie w branży hotelarskiej). Turystyka w 2015 roku wygenerowała 5,2 miliardów dolarów!

      To jednak studenci stanowią kluczowy czynnik dla gospodarki NSW!

      Liczba studentów (nie mających obywatelstwa australijskiego) wzrosła w NSW o 22,4 % w okresie od 2013 roku do 2015 roku. W pierwszej połowie 2013 roku na studia zapisało się 140.000 osób a w pierwszej połowie 2015 roku już 171.000 osób.

      Co studiują? Połowa obcokrajowców zapisuje się na kursy zarządzania i handlu, jedna czwarta na kursy o społeczeństwie i kulturze. Pozostała część studentów uczęszcza najchętniej na kursy z zakresu technologii i inżynierii oraz kursy informatyczne.

      Najwyższy odsetek studentów obcokrajowców w NSW uczy się na Uniwersytecie Wollongong, gdzie stanowią oni (wg. danych podanych przez uniwersytet) ponad 40 procent ogółu studentów.

      W skali kraju, jeden na pięciu studentów to studenci z zagranicy, przy czym prawie jedna trzecia pochodzi z Chin (około 74.000), 10% z Singapuru, 7,1% z Tajlandii Tajlandczyków (około 19.000).

      Ze względu na wielkie bezrobocie i recesję w Brazylii zaobserwowano (w roku 2016) 24,5 % wzrost studentów właśnie z tego kraju. Rośnie liczba studentów z Nepalu – wzrost o 19,7% w 2016!

      Całkowita liczba studentów - obcokrajowców wzrosła w 2016 w NSW o 11,1 % i wynosiła 270.000 osób. Studenci - obcokrajowcy w NSW stanowią 40% wszystkich zagranicznych studentów w Australii.

      UWAGA! Blisko 40% czyli około 106.000 studentów z zagranicy studiuje „higher education course” – czyli kursy na miarę naszych uniwersytetów, ich liczba w 2016 wzrosła o 15,3 %.

      80.000 osób ukończyło natomiast kursy zawodowe (około 30%).

      Naukowcy z Uniwersytetu Sydney - University of Sydney oraz z Instytutu Grattan zauważyli spadek jakości edukacji. Twierdzą oni, że kursy mają coraz niższy poziom i coraz łatwiej można uzyskać wysokie oceny (podaje raport z 2016 roku napisany przez zespół Grattan Instytut w sprawie szkolnictwa wyższego w Australii).

      Spadek jakości nauczania może być spowodowany wzrostem uzależnienia uniwersytetów od pełno płatnych studentów zagranicznych, zwłaszcza tych "niedrogich kierunków". To ich pieniądze uzupełniają straty, które generują najdroższe kierunki typu medycyna.

      Aby wykształcić jednego studenta w zakresie medycyny (rygorystyczne wymagania dydaktyczne, a nie łagodne np. dotyczące wykładowców historii, socjologii itp.) Uniwersytet musi „znaleźć” aż 20.000 australijskich dolarów rocznie .

      Studenci zagraniczni, jak się zapewne domyślacie "oblegają" najniżej opłacane kierunki. Uzyskane z tych "przepełnionych" kierunków pieniądze idą na zasilenie innych kierunków - tych „droższych” a więc bardziej ekskluzywnych i niedostępnych dla większości obcokrajowców ze względu na wysokie opłaty.

      Jakie są zasady w partycypacji kosztów dla Australijczyków możecie poczytać tutaj. Opłaty na końcu dokumentu. http://www.uq.edu.au/student/GeneralRules2016/2016FeeRules.pdf

      Zródło: The Sydney Morning Herald m.in. z dnia 2.03.2017

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Zagraniczni studenci w Australii najważniejszym dochodem w sektorze usług w NSW”
      Tagi:
      Autor(ka):
      agatwaustralii
      Czas publikacji:
      czwartek, 02 marca 2017 02:54
  • środa, 01 marca 2017
    • Perły w Australii

      Czy wiecie, że w Australii Zachodniej na wybrzeżu Kimberley (okolice Broome) produkuje się jedne z najlepszych i największych pereł morskich na świecie?

      To obszar mało zaludniony, jako że trudny do życia. Od maja do października jest tu bardzo sucho i gorąco, natomiast od listopada do kwietnia to obszar gwałtownych ulew, tropikalnych cyklonów i powodzi. Żyją tu także groźne słonowodne krokodyle!

      Pierwsi osadnicy europejscy w tym regionie szybko zauważyli, że tutejsi Aborygeni noszą na sobie duże muszle ostryg, a połyskująca w słońcu macica perłowa szybko „zainspirowała” przyjezdnych do rozpoczęcia eksploatacji w tutejszym regionie. Na początku roku 1900 Broome dostarczało 80 % macicy perłowej na świecie (!), wykorzystywanej głównie do tworzenia guzików.

      "Biali" pracodawcy w Broome byli bezwzględni wobec swoich pracowników którymi byli nie tylko Aborygeni ale także Japończycy i Chińczycy. Niewolnicza praca, zmuszanie do nurkowania jak najgłębiej powodowało śmierć wielu... Później powstały tu hodowle pereł, wykorzystujące technikę wynalezioną w 1893 roku przez Japończyka Kokichi Mikimoto.

      Powód takiego rozkwitu przemysłu pereł w tym regionie bardzo łatwo wytłumaczyć. To tutaj mają swoje siedliska największe ostrygi świata Pinctada maxima – a musicie wiedzieć, że są rozmiaru talerza. I to one „produkują” duże, białe perły. Perły pochodzące z ostryg słonowodnych są w świecie mniej popularne, ale o wiele bardziej wartościowe.

      Aktualnie większość pereł sprzedawanych na świecie pochodzi z chińskich hodowli słodkowodnych mięczaków. Chiny są krajem, w którym hodowla pereł osiągnęła w ostatnich latach rozmiary dotąd nienotowane. Kraj ten produkuje ponad 1500 ton pereł słodkowodnych rocznie, co stanowi około 95% światowej produkcji. Pierwsze zapiski o hodowli pereł słodkowodnych w Chinach pochodzą z XI wieku. Wówczas polegała ona na umieszczaniu elementów drewnianych, glinianych bądź z masy perłowej między muszlę a płaszcz perłoródki. Pierwszym Europejczykiem, który miał okazję osobiście obserwować zbiór takich pereł hodowanych w chińskich jeziorach, był sławny podróżnik Marco Polo.

      Japończycy są również znanym potentatem w produkcji pereł hodowlanych. Pierwsze farmy powstały w Japonii w 1913 r. (południowa część wyspy Honsiu). Także w Azji Południowej istnieją liczne perłowe farmy. W Australii perły hoduje się na farmach w północnej i zachodniej Australii od 1956 roku.

      W naturze perła jest anomalią. Dzieje się tak bowiem tylko wtedy, gdy drażniące substancje, takie jak ziarenka piasku dostaną się do wnętrza mięczaka. Ostrygi rozpoczynają wówczas proces „samoleczenia” i tą samą substancją, która pokrywa wnętrze muszli czyli macicą perłową „zabliźniają ranę”.

      Muszle dzikich ostryg są zbierane w Australii przez nurków z dna morza. Następnie wykwalifikowany specjalista wszczepia im "materiał siewny = zarodek". Hodowla trwa ponad dwa lata, w tym czasie ostrygi z powrotem spoczywają w oceanie, są okresowo czyszczone i monitorowane przez specjalistów – w tym biologów morskich.

      Ostryga Pinctada może żyć do 40 lat i wyprodukować trzy lub cztery perły w życiu, perły coraz większe i cenniejsze, których cena może dochodzić nawet do kilkudziesięciu tysięcy dolarów, co zależny od ich połysku, rozmiaru, kształtu, koloru...

      Po około 2 latach narzędziem podobnym do dentystycznego wyłuskuje się perłę... Nie wszystkie spełniają wymogi rynku... Więc część ostryg się sprzedaje. Są przysmakiem tutejszych restauracji. W Sydney za kilka ostryg zapłacicie kilkanaście dolarów...

      Co symbolizuje w starych, żeby nie powiedzieć starodawnych przekazach perła?

      SPRAWIEDLIWOŚĆ, MĄDROŚĆ,CZYSTOŚĆ i DOSKONAŁOŚĆ.

      Reprezentuje księżyc, kobiecość i duchową mądrość.

      Od dawna jest symbolem bogactwa i na całym świecie zdobi szaty i korony władców. Perły wykorzystywane są jako ozdoby od 6000 lat!

      Osypany był nimi strój koronacyjny Barbary Radziwiłłówny...

      Ale perły "się starzeją" z czasem matowieją, ciemnieją, pękają, łuszczą się, rozpadają... ale na to potrzeba co najmniej 100 lat, większość zachowuje swój blask 150 lat, czasami dłużej...

      Chińczycy uważają ją za symboliczne połączenie ognia i wody. W filozofii hinduskiej i w islamie reprezentuje doskonałość.

      Natomiast masa perłowa symbolizuje wiarę, dobroczynność, niewinność.

      Podaję także za Wikipedią:

      "W legendach opowiadano, że pierwsze perły były łzami aniołów. Potem wierzono, iż perłopławy, we wnętrzu których znajdowano cenne twory, były zapładniane przez tęczę dotykającą wód oceanu.

      Perłom przypisywano ogromną moc leczniczą. Uważano, że sproszkowane perły leczą wiele dolegliwości, np. serca i układu krążenia. Perła rozpuszczona w soku z cytryny lub z mlekiem uchodziła za skuteczny środek przeciwko zaburzeniom psychicznym.

      Perły prawdziwe rzucone na szklana płytę z wysokości 70 cm odbijają się od niej na wysokość 30–40 cm, jeszcze wyżej odbijają się perły hodowlane."

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      agatwaustralii
      Czas publikacji:
      środa, 01 marca 2017 07:29
  • poniedziałek, 16 stycznia 2017
    • Poznajcie naszego rodaka Jana Bernarda Wojciechowskiego

      Kiedy kopnął z wściekłości grudkę ziemi krzycząc do Pana Boga, że nie wynagradza go za jego wielki trud, Bóg odpowiedział.... Grudka okazała się bryłką złota, którą znalazł po wielu tygodniach wytężonej pracy. Jan Bernard (Benny) Wojciechowski pomimo, że był w gniewie i złościł się na Boga, zauważył (!) kopnięty skarb i podniósł go z ziemi. Odkrył co znajduje się pod wierzchnią, nie zapowiadającą „zwycięstwa” warstwą. Szaro – burą, nieciekawą, która kryła w środku złoty kruszec.

      Życie górnika, poszukującego kruszców na własną rękę, należy do bardzo wyczerpujących i nigdy nie gwarantuje sukcesu. Jednak Benny miał dużo samozaparcia i wiary w to, że znajdzie wiele „skarbów”. Australijska ziemia po kolei odsłaniała przed nim swoje zasobne w kruszce oblicze, odkrywała kolejno swoje tajemnice.

      Wędrówkę po Australii zaczął nietuzinkowo, gdyż uciekł w 1948 roku w Fermantle z angielskiego statku handlowego. Zarzucił worek pomarańczy na plecy i pojechał na zakupionym, starym rowerze, tam gdzie sięgały wcześniej jego marzenia – w głąb australijskiego lądu. Zainspirował go przede wszystkim nasz wspaniały rodak Paweł Edmund Strzelecki a utwierdził w słuszności podjętej decyzji australijski marynarz Walter (Wally) Lucas z Brisbane – jego pierwszy australijski przyjaciel. To on wysłał mu pieniądze w pierwszych dniach pobytu w Australii, aby mógł zacząć swoją australijską przygodę.

      Przez pierwsze 10 lat pobytu w Australii Benny oddał się bez reszty swojej pasji kopania kruszców, wkładał w to całe swoje serce i rozum.

      Bóg zesłał mu wkrótce towarzyszkę życia Zosię, z którą długo korespondował, a która w końcu przyjechała do Australii w 1958 roku. Żona w pełni podzielała jego pasję. Jednak dla niej i dla dzieci, które przychodziły kolejno na świat Benny na chwilę przestał prowadzić życie „nomada”. Państwo Wojciechowscy założyli pierwszą w Australii hodowlę goździków w Brisbane. Jednak Jana Bernarda nigdy nie opuszczała pasja do minerałów.

      Opalowa przygoda rozpoczęła się w 1967 roku od wyprawy po Australii ze Stanisławem Szwarc - Bronikowskim, jako że Benny Wojciechowski został jego przewodnikiem po australijskich bezdrożach. Polski podróżnik i twórca ponad stu filmów popularnonaukowych zapragnął zwiedzić Australię i nakręcić serial o australijskich bezdrożach. Dojechali razem do Coober Pedy, stolicy jasnych opali, gdzie Benny Wojciechowski szukał swojego kolegi. Kolega właśnie znalazł drogocenne opale o ówczesnej wartości 30 tys.dolarów. Benny natychmiast zakochał się w opalach i w ich finansowym potencjale. Postanowił więc przeprowadzić rodzinę z trojgiem dzieci do tego niezwykłego miejsca, do jednego z podziemnych „opalowych” domków. Po zakończeniu prac z filmem kręconym przez Szwarca Bronikowsiego Benny oddał się całkowicie swojej nowej pasji. Sekwencje z opalami są częścią filmu Szwarca. Okazało się, że Władysław Gomułka po obejrzeniu filmu zażądał natychmiastowego zatrzymania emisji serialu o Australii, bo promował on kapitalizm. Jest to o tyle ciekawe, że zatrzymał ten serial w trakcie jego trwania, w połowie opowieści... nagle ekrany telewizorów oglądających go Polaków poczerniały...

      Dzieci podrastały a Państwo Wojciechowscy prowadzili niełatwe życie w australijskim odludziu. Czy istniała równowaga między pracą a czasem poświęconym rodzinie mogą ocenić jedynie dzieci. Świat opali wciągał. Zbieranie minerałów wymagało ciągłego przemieszczania się. Czy takie życie było tym wymarzonym życiem dla dzieci?

      Jan Bernard Wojciechowski poza jednym wyjątkiem (pracy dla Snowy Mountain Scheme) pracował wyłącznie na własny rachunek. I odnalazł swoje przeznaczenie – australijskie opale. Wyciągnął rękę po tęczę, rzuconą na ziemię w zamierzchłych czasach przez jednego z aborygeńskich „duchów przodków”. Duch ten wysłuchał próśb Aborygenów i zatrzymał deszcz, ale deszcz go nie posłuchał i nadal padał po powstaniu na niebie tęczy. Duch przodków rzucił więc w gniewie tęczą o ziemię ,i jak twierdzą Aborygeni, rozprysła się ona w miliony odłamków tworząc opale. Tęcza musiała być ogromna, gdyż jej niesamowicie piękne odłamki odnajdujemy zarówno na Terytorium Północnym AU, jak i w Południowej Australii a także w Queensland i w Nowej Południowej Walii.

      Dzięki przyjaźni ze Stanisławem Szwarc – Bronikowskim, która trwała całe życie Benny'ego, Państwo Wojciechowscy wysłali dzieci na naukę do polskiej szkoły. Ponad dwa lata (1972-74) trójka rodzeństwa Wojciechowskich: Diana, Ronald i John spędziła z dala od rodziców z wujostwem m.in. Bronikowskich. Dlaczego rodzice wysłali dzieci w podróż do kraju przodków? Okazało się, że w szkołach out-backu nie tylko nie było zbyt wysokiego poziomu nauczania, ale i dzieci narażone były na liczne nieprzyjemności. Były m.in. wyśmiewane ot chociażby za przynoszenie ze sobą z domu do szkoły „polskiego śniadania”. Nie zawsze mieszkały w domu, gdyż odległość do najbliższej szkoły bywała tak duża, że należało je umieścić w internatach.

      Rodzice wysłali dzieci do Polski, także po to, aby mówiły i rozumiały po polsku, aby poznały bogatą i sprawiającą niebywała dumę nam Polakom historię Polski, ale także aby móc kopać dalej opale, które miały zapewnić szczęście ich dzieciom w przyszłości. Jakiś czas towarzyszyła im mama.

      Jana Bernarda owładnęła w tym czasie bardzo piękna w swym założeniu myśl, która stała się jego obsesją. Postanowił stworzyć Muzeum dla swojej kolekcji opali i innych minerałów a także zebranych aborygeńskich artefaktów, które zaczął odkupywać od innych kolekcjonerów. Chciał uchronić je przed eksportem i tym samym utratą przez australijskie państwo. Miało to być Muzeum jakiego Australia jeszcze nie widziała. Postanowił otworzyć w stolicy Australii Canberra prywatne Muzeum szlachetnych i półszlachetnych kruszców. Temu celowi podporządkował następne wiele lat życia. Chciał za wszelką cenę pozostawić po sobie ślad. Czy kierowała nim ślepa ambicja? Rodzina natrafiła na niebywałe złoża opali. W roku 1985 rodzice zdecydowali się odsprzedać udziały, cały sprzęt wydobywczy i przenieść wraz z 17 tonami opalu i aborygeńską kolekcją do Canberra! Benny zapragnął udostępnić kolekcję publiczności.

      W 1988 roku Wojciechowscy wraz z dorosłymi już dziećmi (Diana lat 29, Ronald lat 26 i John lat 25) otwierają upragnione muzeum w Canberra. Udostępniona publiczności kolekcja zbierana przez ponad 20 lat zawierała opale i inne minerały z Coober Pedy, Mintabie, Andamooka, Lightning Ridge, White Cliffs i z Queensland (Quilpie – Eromanga). Zawierała także zopalizowane kości dinozaura i pleistozaura, zopalizowane zęby rekinów, zopalizowane belemity, muszle, węże i zopalizowane drewno. Były tam zopalizowane szyszki i liczne nasiona. Kolekcja zawierała bezcenny największy znany opal z Coober Pedy o wielkości 6 metrów x 3 metry (24,000 karatów). Istotnym jest fakt, że w jej skład wchodziły niezwykłe eksponaty aborygeńskie, niektóre liczące (wg. badań) 15-tysięcy lat, które odkrył w trakcie swoich poszukiwań minerałów Jan Bernard w latach 1949 – 1959 w Tanami, Gibson i na pustyni Simpson. Nie mylił się twierdząc, że staną się one kiedyś ważne dla Australijczyków, jako że stanowią część historii Australii i część światowego dziedzictwa. Tym poglądem wyprzedził wielu Australijczyków od antropologów do polityków włącznie, bo faktycznie po latach Australia przypomniała sobie o Aborygenach i zaczęła się interesować ich kulturą i sztuką i wierzeniami.

      O tej niesamowitej kolekcji pisano, że jest tak cenna, że „w jej cieniu znajduje się taka światowa kolekcja jak Kolekcja Instytutu Smithsonian w USA."

      Muzeum zrobione było z rozmachem. Aby powstał budynek muzealny Benny musiał mieć wspólnika. Źle wybrał! Niedługo potem wspólnik zbankrutował a bank przejął budynek Muzeum i miał „chrapkę” także na kolekcję.

      Wcześniejsze „pieśni pochwalne”, które można przeczytać w australijskiej prasie z 1987 roku ucichły. A pochwały otrzymywał wcześniej Benny za stworzenie tak nietuzinkowego przedsięwzięcia jakim było Muzeum a nade wszystko za niesamowitą kolekcję, którą zgromadził, a która liczyła tysiące egzemplarzy kruszców plus liczne bardzo rzadkiej natury artefakty aborygeńskie. Nikt z liczących się w rządzie australijskim polityków w roku 1990 ani w latach następnych mu nie pomógł. Nikomu nie zależało, aby to prywatne i jedyne w skali świata muzeum trwało nadal.

      Nie pomógł prawnik, nie pomogli oficjele. Jestem przekonana, że duże znaczenie odegrała tu zazdrość i chciwość ludzka, gdyż wiele egzemplarzy w kolekcji było po prostu bezcennych.

      I na nic zdały się wcześniejsze zapewnienia Queanbeyan Council a nawet przedstawicieli rządów Nowej Południowej Walii oraz Queensland, że Muzeum jest unikatem na skalę światową i należy o nie zadbać. Australijska ignorancja i bezduszność australijskich bankowców zwyciężyły...

      Australia nie zauważyła wielkiego wysiłku, pasji, wielkiego samozaparcie w dążeniu do celu Benny'ego. Nie liczył się dla spadkobierców kultury anglosaskiej fakt, że Benny chciał, aby całość kolekcji została „na wieki wieków” pokazana światu. Muzeum (płatne jak większość muzeów w Australii) miało przynosić dochody zarówno rodzinie (i to kłuło kogoś w oczy) jak i państwu. Przedstawiciele przemysłu opalowego w różnych miejscach świata nie chcieli sukcesu Wojciechowskiego, bo zagrażało to ich pozycji. Zazdrość wewnątrz przemysłu opalowego i brak zainteresowania sprawą urzędników państwowych pogrzebało pomysł na zawsze.

      Po latach Benny - wielki marzyciel musiał się poddać. Pokonała go ciężka choroba. Postanowił sprzedać kolekcję. Do dzisiaj rodzina niestety nie odzyskała połowy należności za kolekcję od kupca. Australijscy prawnicy ponownie okazali się bezradni...

      Australijskie, a stworzone przez Polaka dziedzictwo w jakiś dziwny i tajemniczy sposób jest dzisiaj wyprzedawane na licytacjach w Londynie (np.przedmioty z aborygeńskiej kolekcji). Dzieci Jana Bernarda rozpoznają te eksponaty, dzięki doskonałemu skatalogowaniu kolekcji ojca. Zapytacie, kto na tym zarabia? Na pewno nie rodzina Wojciechowskiego...

      Może ktoś kiedyś zrobi na ten temat film... i być może będzie to film sensacyjny... Pomyślcie: ta niesamowita kolekcja Benny'ego mogła stać się jedną z największych atrakcji turystycznych Australii i być podziwiana zarówno przez Australijczyków jak i turystów z całego świata i stać się australijskim dziedzictwem dla świata, australijskim dobrem narodowym. Jan Bernard Wojciechowski tego chciał, taki ślad w postaci tysięcy eksponatów chciał po sobie zostawić potomnym. Takie było jego marzenie, niestety „źli” ludzie przeszkodzili. Australia straciła swoją szansę na zawsze.

      Warto wspomnieć, że Benny w 1988 roku przekazał kilka opali w darze dla Muzeum Ziemi w Warszawie. Nie są one jednak dzisiaj opisane w gablotach jako prezent właśnie od niego. Polacy mieli raz okazję zobaczyć 350 eksponatów pochodzących z kolekcji Jana i Zofii Wojciechowskich w Muzeum Ziemi. Było to na wystawie dostępnej w 1988 roku od 20 maja do 31 lipca, która zawierała m.in. opale, kwarce, agaty, kalcedony, chryzoprazy a także kolorowe fotogramy przedstawiające rejony eksploatacji opali, mapy rozmieszczenia obszarów opalonośnych w AU. Wystawa była częścią projektu powstałego z okazji dwustulecia Australii, przy wsparciu australijskiego rządu.

      Tradycję kopania opali kontynuują (pracując wspólnie) jego synowie: John (Jan) i Ronald. To ciężka praca, często w temperaturach powyżej 40 stopni C, z narażaniem się na bliskie spotkania ze skorpionami i jadowitymi wężami.

      John – Jasiu, z którym miałam przyjemność porozmawiać, nie chce popełnić błędów ojca. Pragnie także zostawić po sobie „ślad”, jednak w postaci lepszego świata, w którym istnieje harmonia między duchem a materią. Poświęcenie ojca nie było bowiem warte tego co się potem wydarzyło. Prowadzi wraz z żoną Renatką salon jubilerski w Sydney na George Str.55 o nazwie Opal Minded. Jest to jedyny w Sydney salon biżuterii z opalami, które są wykopane osobiście przez właściciela. Właściciele mogą poszczycić się taką klientelą jak: Carlos Santana, Robin Williams, Joanna Lumley, Dylan Moran, Stevie Nicks, Eric Stonestreet. Można tu znaleźć wymarzony pierścionek z opalem i diamentami za kilkaset tysięcy dolarów.

      Jasiu stara się pogodzić życie rodzinne z wytężoną pracą. Pół roku spędza kontynuując tradycję rodzinną poszukując opali, jednak pozostałe spędza z rodziną. Nawet będąc daleko ma stały kontakt z rodziną co zapewnia w dzisiejszych czasach telefon i skype.

      Jasiu i Renatka nie mają oczekiwań wobec własnych dzieci, aby zajęły się tematem opali, aby w przeszłości kontynuowały tradycję rodzinną. Widzą, że świat wokół się zmienia. Chcą przyczynić się do jego pozytywnego rozwoju wykonując pracę na „własnym podwórku”. A więc np. zakładając baterie słoneczne nie szkodzące środowisku naturalnemu, korzystając z deszczówki. Życzę im szczęścia zarówno w poszukiwaniu opali, jak i znajdowaniu zawsze wystarczającej ilości czasu dla rodziny i rzeczy najważniejszych a także na odnalezienie czasu na realizację innych, może jeszcze nieodkrytych pasji.

      Motto syna Jana Bernarda Wojciechowskiego - Johna brzmi: „Dąż do perfekcji, ale nigdy nie osiągaj jej, czy to w pracy, czy w życiu osobistym. Czyli nigdy się nie poddawaj!"

      Na koniec zacytuję ku przestrodze wiersz – fraszkę mojego ulubionego fraszko-pisarza a jednocześnie kolegi z Krakowa (aktualnie z Niepołomic) Marcina Urbana:

      PRZESTROGI

      Nie licz na sprawiedliwość ani ludzką szczerość
      zdobądź mądrość „przed” szkodą, a nie „po” dopiero,
      przyjmij kilka rad dobrych oraz słów przestrogi,
      byś sideł mógł się ustrzec na szlaku twej drogi.

      Gdy ktoś kusi cię zyskiem zdobywanym łatwo
      niech się w twej głowie włączy „alarmowe światło”,
      bo możesz wobec prawa okazać się winny
      a zysk z tego z pewnością mieć będzie ktoś inny...

      Strzeż się manipulacji. Są niestety ludzie,
      podli i dwulicowi. To oni w obłudzie
      poproszą cię, byś w sprawie stanowisko zajął,
      a potem... przeciw tobie to wykorzystają...

      Unikaj prowokacji. Czasem ktoś celowo
      działa tak, abyś przestał myśleć „chłodną” głową,
      i emocje wyraził w słowach albo w czynach
      po czym wszyscy pomyślą, że... to twoja wina.

      Nie bądź zbyt łatwowierny. Pilnuj swego domu.
      Zwłaszcza w sprawach pieniędzy nie ufaj nikomu.
      Złodziej – to zawodowiec, zna się na robocie,
      wie, jak ukraść majątek zdobywany w pocie.

      Wprawdzie wszystkich pułapek nie sposób opisać,
      ty jednak czujność swoją wzmocnij już od dzisiaj...
      W złych czasach żyć nam przyszło, to dla wszystkich jasne,
      sam więc o bezpieczeństwo musisz zadbać własne!

      O mojej podróży do światowej stolicy opali przeczytacie w mojej książce „ Podróż marzeń. Brunetka w Australii. W wersji angielskiej możecie przeczytać o niej klikając w link

      https://brunetteinaustralia.wordpress.com/2016/11/17/chapter-3-brunette-in-au-where-are-the-most-opals-in-the-world/

      I jeszcze ciekawostka. Jeśli i ty chciałbyś zostać górnikiem i wykopać własny okaz australijskiego minerału pamiętaj, że będziesz musiał za ten przywilej zapłacić. Po pierwsze właścicielowi wierzchniej warstwy ziemi (czyli pierwszych 30 cm gruntu) i rządowi za możliwość otwarcia własnej kopalni. :) Aha aktualnie, w nowych kopalniach dochodzi do tego kompensata dla Aborygenów.

      Dziękuję Renatko i Jasiu za rozmowę!

      Czytelników bloga zawiadamiam, iż wyjeżdżam ponownie na wolontariat do Indii. Będę kontynuować pisanie bloga dopiero pod koniec lutego.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      agatwaustralii
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 16 stycznia 2017 22:25

Tagi

Kanał informacyjny